sobota, 28 lutego 2009

Komisarza Salva Montalbano już niektórzy z Was znają. Zamieszkał w książkach autorstwa Andrei Camilleri i przyciąga do siebie coraz większe rzesze czytelników. Rozwiązuje zagadki od niechcenia, nos go nigdy nie zawodzi, przypadki mu tylko sprzyjają, do wielu rozwiązań dochodzi drogą kojarzenia i łączenia ze sobą dalekich zdawałoby się faktów. Przy tym jest humorzasty, bywa choleryczny, gburowaty i złośliwy, boi się swojej narzeczonej, no czuje do niej respekt i chyba dlatego trzyma się od niej na dystans. ;-)) Jest w nim jednocześnie dużo sympatii do ludzi, wyrozumienia i uczuć (nie tylko tych gwałtownych). Mieszka sobie ten komisarz samotnie, w domku nad morzem. Uwielbia czytać książki, za babami się nie ogląda, ale za jedzeniem tak i to jak!

Lubię w tych opowieściach to, że są takie włoskie, czuć w nich klimat tego kraju. Te występujące w nich  typy i typki ludzkie, które wchodząc w interakcje tworzą wiele skandalicznych, ale i zabawnych sytuacji, które knują, broją, ulegają ludzkim słabościom i postępują bardzo niecnotliwie. I te kobiety młode, lekkie, swawolne, niezwykle kuszące oraz te starsze, godne zaufania - taki męski i włoski (czy tylko?) punkt widzenia. ;-))Historie te mają swój smak i są bardzo relaksujące. Natomiast intrygi są niedosmaczone, już w połowie powieści wiemy, jaki będzie koniec, a potem rozwiązanie potrafi się ciągnąć przez dwa rozdziały. To chyba też jest takie włoskie, autorowi i czytelnikom się nie spieszy. ;-))

Komisarz bardzo lubi odwiedzać dwa miejsca - kawiarnię "Castiglione" i gospodę "San Calogero". Ubóstwia też być zapraszany i jeść smakołyki przygotowywane przez panie domu. U mnie też by chętnie gościł, ale nie chciałby, żebym go częstowała rybą, bo mieszkam w środku kraju, z daleka od czystych rzek czy morza, więc nie ryzykowałby. Taki on już jest. ;-) Bardzo zachowawczy w tych sprawach. ;-))) W domu jego bywa gosposia Adelina, która dba o porządek  tego bałaganiarza, jakim jest Montalbano i dba o jego podniebienie szykujac mu m.in. makarony i ryby. Gosposia ta ma jedną wadę, nigdy nie odbiera telefonu, bo to wg niej przynosi pecha, więc jedzenie czeka, niestety, w lodówce.   

Salvo Montalbano bardzo lubi smażone, świeże ryby, które są tak świeże , że po zjedzeniu pływają w brzuchu, i nie pije jeszcze długo kawy, żeby nie zgubić ich smaku. Dobre przystawki ujmują mu złe myśli, domowy chleb lubi jeść leżąc na trawie, po dobrym posiłku najbliższe chwile rysują mu się różowo i nie dzwońcie do niego nigdy, gdy akurat pogrzewa sos koralowy do spaghetti!  Nie pogardzi żadnym zaproszeniem na poczęstunek, no z jednym wyjątkiem, odmówiłby, gdyby gospodyni "radziła sobie z gotowaniem, jak dzieci (jeśli coś takiego można nazwać gotowaniem), które mieszają w jednym naczyniu kawałki chleba, cukier, paprykę, mąkę i co tylko mają pod ręką, a potem ci to podsuwają twierdząc z powagą, że przyrządziły ci smaczne danie".  

Najbardziej smakowity opis dania spotkałam w opowiadaniu "Pomarańczki komisarza Montalbano". Po ostrej kłótni ze swoją narzeczoną Livią czekało komisarza samotne przywitanie Nowego Roku. Zaproszenia od różnych osób posypały się, ale Montalbano nie miał nastroju na witanie Nowego Roku w towarzystwie służalczego doktora Lattese albo na spotkanie rodzinne, bo nie widział w takim spotkaniu dla siebie miejsca, nie miał też ochoty na poznawanie u starych znajomych nowych ludzi i na zaprzyjaźnianie się, bo to nie był na to dobry moment. Nie miał też zamiaru iść do restauracji, gdzie "mogą cię otruć zwykłym kotletem z garstką gotowanych jarzyn." Ponieważ przepadał za jedzeniem w samotności szykował mu się samotny wieczór, gdy nagle otrzymał zaproszenie od swojej gosposi Adeliny, prywatnie matki dwóch młodych rozbójników przebywajacych przeważnie za kratkami, ale w tym dniu będących na wolności. Nawet towarzystwo tak podejrzanych typków, nie zniechęciło komisarza do odmowy, skoro na stół miały być podane pomarańczki. "Jadł je tylko raz, ale ich wspomnienie zakodowało się z pewnością w jego DNA i stało się genetycznym dziedzictwem. Adelina przeznaczała dwa dni, pracując od rana do wieczora, żeby to danie przyrządzić. Przepis na nie znała na pamięć. Dzień wcześniej trzeba przygotować jednakowe porcje chudego mięsa, cielęcego i wieprzowego, które musi się gotować na bardzo wolnym ogniu razem z cebulą, pomidorami, selerem, pietruszką i bazylią. Następnego dnia gotuje się ryż, jak na risotto, ale koniecznie bez szafranu, wysypuje się go na stolnicę, miesza z jajkami i studzi. Jednocześnie gotuje się groszek, robi sos beszamelowy i kroi na kawałeczki plasterki salami, a potem wszystko to miesza się z tamtym chudym mięsem posiekanym ręcznie. Wywar z mięsa dolewa się do ryżu. I wreszcie bierze się porcję ryżu na dłoń, jak płaską muszlę, i układa na środku łyżkę farszu mięsnego, a potem przykrywa drugą porcją ryżu, tak by utworzyć foremną kulkę. Każdą kulkę obtacza się w mące, a potem w białku i tartej bułce. Na koniec wszystkie "pomarańczki" wkłada się do naczynia z wrzącą oliwą i przyrumienia tak długo, aż nabiorą koloru starego złota. Osusza się je na papierze. I wreszcie zjada ku chwale bożej!"

Miałam przyrządzić te pomarańczki, ale chorowałam i było to dla mnie zbyt trudne zadanie na tę chwilę. Kiedyś spróbuję, bo kusi. Wspomnę jeszcze czym Andrea Camilleri częstował komisarza, a będzie to długa lista, nie wiem, czy ktoś doczyta do końca ;-))): bakłażany zapiekane z makaronem i tartym serem, sola, dorsz z wody przyprawiony oliwą, okoń morski, przystawka z ośmiorniczek, barweny w ostrym sosie, gotowane ośmiorniczki przyprawione solą, czarnym pieprzem, czosnkiem, cytryną i natką, makaron z brokułami, pieczeń z kózki z ziemniakami, sardynki w zalewie, sałatka z sardeli, makaron spaghetti z sosem koralowym przyrządzonym z jajeczek langusty, gotowane dorsze z dwoma listami laurowymi, posypane już na talerzu solą, pieprzem i polane oliwą Pantellerii, makaron z sosem "żywy ogień", makaron z roladą (zawinięte płaty mięsa z jajkiem na twardo, kiełbasą i kawałkami owczego sera w środku), cienki makaron w sosie z homarów, filety z ryby guatto, owczy ser, talarki z cukinii, morszczuk w sosie sardelowym z octem, pajda domowego chleba polanego oliwą, posypanego solą, pieprzem i owczym serem, makaron z sosem kiełbasianym, ciepłe rogaliki, rurki z kremem, rożki, mrożona kawa, kogel-mogel, granita, cassata, kawa yaucono z Portoryko i oczywiście wino. 

Ja z tej długiej listy wybrałam granitę. Cytrynowy, mroźny deser do zajadania między posiłkami. Dla miłośników cytryny, jakimi jest mój mąż i moja córeczka. ;-))

Granita

skórka drobno starta z 3 cytryn

200 ml świeżo wyciśniętego soku z cytryn (ok. 5 sztuk owoców)

100 g cukru

500 ml zimnej wody

Skórki, sok i cukier umieścić w rondlu. Wstawić na gaz, zamieszać, podgrzać. Od zawrzenia gotować przez ok. 8 minut, do uzyskania konsystencji syropu. Ostudzić. Połączyć z zimną wodą. Przelać do pudełka i zamrozić. W zamrażalniku trzymać przez 5 godzin, od czasu do czasu mieszając, żeby masa równomiernie się zmroziła. Po tym czasie można podawać. ;-)))

19:19, krokodyll8 , Desery
Link Komentarze (6) »

Chorowało się, ale też się i piekło. Nie umiałam sobie wyobrazić, że kupimy chleb w sklepie, tak jak niedawno nie umiałam sobie wyobrazić, że upiekę w domu bułki. Jak mam mało energii, to robię bułki z przepsu Atiny, te nocne, ale ja robię je w dzień. W sobotę upiekłam swój ulubiony chleb etiopski, żeby na początku tygodnia popełnić najbardziej ulubiony chleb Lindy Collister. Linda Collister przez kilka lat gotowała dla królowej Matki. To doświadczona i wykształcona kucharka. :-) W tym przepisie ujęła mnie jednak nie opowieść o chlebie (a Linda pięknie opowiada), ale historia młyna, w którym Linda Collister zaopatruje się w mąkę.

Wyobraźcie sobie stary, wodny młyn, liczący ponad dwieście lat -  Letheringsett  Mill. Przez 140 lat mełł mąkę dla całej okolicy, a od 1944 roku stał bezużyteczny i niszczał. Dopiero na początku lat osiemdziesiatych zajął się nim konserwator, a po kilku latach zaopiekował się młynem człowiek, który o mące nie miał żadnego pojęcia, za to znał się na morzu.;-) Po zakończeniu służby w Królewskiej Marynarce Wojennej Mike Thurlow stał się dzierżawcą młyna, zakończył prace remontowe i młyn mógł już działać. Mike Thurlow nadal był zielony w temacie produkcji mąki, ale stary młyn zaczęli odwiedzać ciekawscy uczniowie z pobliskich szkół. Chcieli zobaczyć, jak pracuje stary młyn.  I oprowadzając uczniów, sprawdzając, jak działa mechanizm, Mike Thurlow sam nauczył się fachu młynarza i obecnie zaopatruje w mąkę  m.in. kilka londyńskich restauracji.

Ulubiony chleb Lindy Collister

230 g białej, nie bielonej, mocnej mąki

230 g mocnej mąki razowej z młyna żarnowego

230 g grubo mielonej mąki razowej pszennej z młyna żarnowego

15 g soli morskiej

2-3 łyżki sezamu i siemienia, pestek dyni, słonecznika

15 g świeżych drożdży

430 ml zimnej wody

2 łyżeczki oliwy

mąka do posypania stolnicy

ziarno sezamu, siemienia, dyni do obtoczenia w nim bochenka

masło l. olej do natłuszczenia miski

podłużna forma

Mąki przesiać do miski, dodać sól, ziarna, wymieszać, zrobić dołek. Drożdże rozpuścić w wodzie i wlać w dołek, dodać oliwę, domieszac trochę mąki z brzegu naczynia, oprószyć wierzch płynu mąką i przykryć miskę ściereczką. Po 20 minutach wyrobić ciasto. Na początku będzie mokre, ale potem mąka razowa wchłonie wodę. Wyrabiać później na stolnicy przez 10 minut.

Włożyć ciasto do lekko natłuszczonej miski. Obrócić, żeby całe pokryło się tłuszczem, przykryć i zostawić na 2 godziny.

Gdy podwoi objętość przebić i uformować z niego bochenek. Obtoczyć bochenek w pestkach. Włożyć do  formy. Żyletką naciąć wierzch chleba. Przykryć i zostawić na ok. 1,5 godziny, żeby podrósł.

Piekarnik rozgrzać do 230 stopni. Chleb piec w tej temperaturze przez 15 minut, potem należy ją obnizyć do 200 stopni i piec jeszcze przez ok. 30 minut.

Studzić na kratce.

*źródło - "Wielka księga chleba" Lindy Collister wyd. Twój Styl

00:10, krokodyll8 , Chleby
Link Komentarze (10) »
niedziela, 22 lutego 2009

Poirot zastanawiał się kiedyś: - Czy ludzie jedzą stale to samo? Czy nie lubią zmian?

Sam był smakoszem. W czasie Gwiazdki z przyjemnością próbował zupy z ostryg i indyka z orzechowym farszem, śliwkowego puddingu z utopionym pierścionkiem i guzikiem ;-), kandyzowanych owoców w imbirze i babeczek z jabłkami. A w tym czasie, gdy dał się oczarować klimatowi Świąt:

- Wie pan, prawdziwe, staroświeckie Boże Narodzenie zanika. Ludzie spędzają dziś święta w hotelach. Jednak prawdziwa angielska Gwiazdka, gromadząca całą rodzinę, z pończochami na prezenty, z choinką, indykiem, zimnymi ogniami. Bałwan za oknem...., gdy rozmarzony spoglądał przez okno, ktoś z ucztujących planował popełnić zbrodnię .... a wszystko przez pudding ;-)

Agatha Christie dobrze karmiła swoich bohaterów. Nie tylko arszenikiem, ale również częstowała ich serem stilton, plackiem jabłkowo-jeżynowym, ostrą zupą indyjską, solą bez sosu, dorszem, wędzonym łososiem, ciepłym daniem z ryżu, puddingiem z polędwicy, baraniną, zupą pomidorową, befsztykiem, puddingiem z cynaderek, foie gras z tostami, jęczmiennymi plackami i swieżo zerwanymi z drzewa jabłkami.

A ja zrobiłam dla Herkulesa Poirota indyka z orzechowym sosem wg przepisu chilijskiej pisarki Isabel Allende. Może sos by mu zasmakował i zechciałby umoczyć w nim swoje nieskazitelne, zakręcone wąsy? ;-) Tylko czy by się jemu spodobała nazwa potrawy?? ;-))

Indyk z haremu

60 dkg piersi indyka

2 marchewki

pół rzepy

mała cebula

gałązka selera naciowego

sól i pieprz

ok. 50 g mielonych orzechów laskowych

2 zmiażdżone ząbki czosnku

pół doniczki natki

gruba kromka ciemnego chleba bez skórki

4 łyżki oliwy z oliwek

oliwki i ćwiartki pomidora do dekoracji

Na oliwie podsmażam indyka, pokrojonego na kilka dużych kawałków, wraz z warzywami, solą i pieprzem. Następnie dolewam wody i duszę pod przykryciem przez ok. 40 minut. Zdejmuję z ognia, odcedzam bulion i odkładam na bok jarzyny.

W szklance bulionu moczę chleb, następnie rozbijam go mikserem wraz z natką, czosnkiem i orzechami. Powinien powstać gęsty sos rozrzedzony oliwą.

Sosem polewam mięso indyka i całość dekoruję oliwkami i ćwiartkami pomidorów (o tej porze roku z puszki).

Danie jest przyjemne i jest afrodyzjakiem ;-) , a pochodzi z książki "Afrodyta" wyd. Muza.

21:50, krokodyll8 , Mięsa
Link Komentarze (6) »
sobota, 21 lutego 2009

Zwróciła moją uwagę już jak byłam małym dzieckiem i dopiero co nauczyłam się literować. Na półce z książkami przeczytałam taki oto tytuł: „Zło czai się wszędzie” . Tego zdania boję się do dzisiaj (a jak się bałam wtedy!!!!) - szczególnie, jak mi się przyśni -  a kryminały Agathy Christie uwielbiam. Czytałam je już po sto razy i zawsze mi się podobały. Kojarzyły mi się ze smakiem i zapachem szarlotki. (Książki i seks kojarzą mi się z jedzeniem). Uwielbiam jej styl, klasę, to jak opisuje ludzi, zdarzenia, detale. Jest to takie szalenie angielskie i urocze i intrygujące. Było to dla mnie oczywiste, że w zabawie kryminalnej zacznę od tej właśnie autorki.

Pamiętacie „Tajemnicę gwiazdkowego puddingu?” Ten tytuł wydawał mi się być w sam raz i to do tego stopnia, że zrobiłam pudding. Nie mam niestety naczynia do jego robienia, żałuję, bo zamiast pomarańczowego puddingu z likierem, który nadawałby się na każdą Gwiazdkę, popełniłam pudding z książki Nigelli, która gotuje ekspresowo. Poparzyłam sobie dłoń rączką rondla i przez godzinę co chwila biegałam wkładać rękę do lodowatej wody. Pudding smakował mi średnio, dokładnie tak, jak angielskie jedzenie. Oto on: 

Pudding karmelowy z francuskich rogalików

2 czerstwe croissanty

100 g cukru

125 ml gęstej, tłustej śmietany

125 ml 3% mleka

2 łyżki burbona lub rumu (radzę dać więcej)

2 jajka, roztrzepane

Piekarnik rozgrzewam do 180 stopni.

Do rondla wsypuję cukier i na średnim ogniu mieszam, aż rozpuści się i będzie miał bursztynowy kolor, wtedy zmniejszam płomień i wlewam kolejno (będzie pryskać) śmietanę, mleko, rum, cały czas mieszając. Zagotowuję. Zestawiam z ognia i wtedy dodaję roztrzepane jajka, mieszam.

Do małego 1/2 litrowego naczynia żaroodpornego wrzucam połamane croissanty i zalewam je kremem. Gdy rogaliki są za twarde, to odczekuję jeszcze 10 minut, jak nie, to od razu naczynie wkładam do rozgrzanego piekarnika na 20 minut.

* "Nigella ekspresowo" wyd. Filo

 resztki puddingu i Cluedo

19:34, krokodyll8 , Desery
Link Komentarze (14) »

Wczorajszy dzień piękny. Spędzony w śniegu, w Kampinosie, w słońcu i ciszy. Udało nam się nawet spotkać łosia. Przeszedł nam przed nosem przez ścieżkę. Wróciliśmy do domu zmęczeni, dotlenieni, zamyśleni. Otworzyłam skrzynkę mailową i w liście od przyjaciela przeczytałam kolejny świetny przepis na to co robił na obiad. Od dawna Go namawiam, żeby otworzył bloga i tam zapisywał swoje pomysły kulinarne, ale wciąż odmawia. Wczoraj wsród licznych argumentów na "Nie" napisał mi, że nie chce być jednym z wielu. Pomyślałam, że ja jestem. I zrobiło mi się na moment smutno.

Odpoczywając po wędrówce pospacerowałam po moich ulubionych blogach i okazało się, że czekała tam na mnie niespodzianka. Mój blog kulinarny dostał wyróżnienie Kreativ Blogger, choć zdaję sobie sprawę, że jest jednym z wielu i tak, zgadzam się ze słowami Ryszarda Kapuścińskiego o mnogości wszystkiego, o zbyt wielkiej ilości osób twórczych, twórców w stosunku do odbiorców. Zgadzam się z moim kolegą, który czasem do mnie mówi "To co mówisz teraz, to truizmy". Wszystko jest truizmem, bo już jesteśmy entym pokoleniem, a przez wieki ludzie zostawili nam bogactwo swoich dokonań, przemyśleń, dzieł i dziełek. ;-) Nawet miłość może być truizmem, jeżeli uznamy, że wszystko co już było, jest błahe, jest kalką. Jednak i tak warto żyć twórczo i kolorować codzienną rzeczywistość, nawet jak to będzie tylko gar ciepłej zupy, ale zrobionej z sercem, bo to teraz nasza kolej na życie i na to by się nim nacieszyć, nasycić.  Dziękuję za to, że Małe i większe formy lubią mój blog. ;-)))

P.S. Dziękuję także autorce Fifi Dziennika.  

Z kolei ja z przyjemnością wyróżniam następujące blogi (kulinarne omijam tu wielkim łukiem, bo każdy z nich z osobna zasługuje na taką odznakę):

Fifi dziennik - bo bardzo go lubię

Świat Zu - za śmieszne dialogi

Japonia codzienna - bo Japonię lubię codziennie

My dream - uwielbiam te zdjęcia i te słowa będące do nich wstępem

Miejsca - ten blog lubię od początku bez końca

Warszawiarnia - bo Warszawa jest też moim miastem (mimo, że tu moja rodzina mieszka od pokoleń, to ja często w tym mieście czuję się, jak przyjezdna, ale je lubię)

W Warszawie - lubię się przyjrzeć architekturze tego miasta też i w ten sposób :-)

Zasady przyznawania wyróżnienia Kreativ Blogger:
Po otrzymaniu nagrody na swoim blogu umieszczamy logo Kreativ Blogger oraz informujemy, kto przyznał wyróżnienie. Nominujemy 7 blogów lub więcej do nagrody i podajemy link do każdego z nich. Informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzach na jego blogu.

czwartek, 19 lutego 2009

Bułki wyszły świetne i na pewno będę je często robić. Przepis na nie znalazłam na blogu Dorotus. Oto on:

Bułki pszenno-razowe

1 szklanka letniego mleka

110 g miękkiego masła

2 łyżki cukru

2 jaja

3/4 łyżeczki soli

4 szklanki mąki pszennej chlebowej (część można zastąpić mąką razową lub żytnią, ja dałam 2 szklanki razowej)

24 g świeżych drożdży

do posmarowania: jajko roztrzepane z łyżką mleka

Drożdże rozkruszyć w miseczce, wsypać do niej 2 łyżki cukru, dodać letnie mleko, całość wymieszać.

Mąki przesiać do dużej miski, dodać sól, wymieszać, zrobić dołek i wlać do niego drożdże z mlekiem, cukrem. Wmieszać do płynu trochę mąki z brzegu miski, aż uzyskamy konsystencję ciasta naleśnikowego, posypać lekko wierzch płynu mąką, przykryć wilgotną ściereczką i zostawić na 10 minut.

Po tym czasie dodać miękkie masło, 2 roztrzepane jaja i miksować specjalnymi końcówkami miksera wolno, potem szybko, na końcu wyrobić ciasto ręcznie.

Przykryć i zostawić, aż podwoi objętość.

Później uformować bułeczki (mi wyszło 13), położyć je na pergaminie na blasze blisko siebie, przykryć i zostawić na ok. 45 minut, aż się zetkną.

Przed włożeniem do piekarnika posmarować jajkiem z mlekiem. Piec w 180 stopniach przez ok. 20 minut. Studzić na kratce.

23:15, krokodyll8 , Bułeczki
Link Komentarze (7) »
środa, 18 lutego 2009

Bardzo lubię odwiedzać blog Dorotus, bo jest szalenie inspirujący. Wczoraj zaciekawił mnie przepis na pieczone pączki i postanowiłam je zrobić. Dziś dzieci przywitały tatę słowami: "Tato, u nas w domu jest bar!" W całym mieszkaniu pachniało pączkami pulchnymi, które wcześniej usmażyłam oraz cynamonem, bo właśnie upiekły się pączki z przepisu Dorotus. "Jutro będzie najszczęśliwszy dzień w naszym życiu!!! Tłusty dzień!!!" darły się dzieci, choć już dzisiaj próbowały i jednych i drugich pączków i pękały ze szczęścia i z przejedzenia. Pieczone pączki ślicznie wyglądają, pięknie pachną i są bardzo smaczne. Jakbym miała namawiać do jakiegoś przepisu, to bym namawiała i do jednego i do drugiego. :-)))  Pieczone smakują, jak bułeczki obsypane cukrem. Miła jest myśl, że nie są tłuste, upaja zapach cynamonu i piękny kształt, smak. ;-) Natomiast pączki Megan smakują po prostu, jak pączki. Pączki, jakie jadano dawno temu, kiedy w piekarniach ciastka te były pulchne, świeże i miękkie. Nikt nie domyśla się, że swoją pulchnośc zawdzięczają one dodatkowi ziemniaków. W starszym pokoleniu bądzą się wspomnienia. ;-)

Pieczone pączki

1 i 1/3 szklanki ciepłego mleka

14 g świeżych drożdży

2 łyżki miękkiego masła

2/3 szklanki cukru

2 jaja

5 szklanek mąki pszennej (można część zastąpić mąką razową i ja tak zrobiłam, dałam 2 szklanki razowej)

1 łyżeczka soli

Do obtoczenia: 100 g rozpuszczonego masła + 1,5 szklanki cukru zmieszanego z 2 łyżkami cynamonu

Drożdże rozkruszyć w miseczce, zasypać 2 łyżeczkami cukru, wymieszać.

Do dużej miski przesiać mąki, dodać sól. Wymieszać. Zrobić dołek i wlać do niego mleko i drożdże. Wymieszać mleko z drożdżami. Dosypać do nich trochę mąki z brzegu miski, tak, żeby powstała konsystencja naleśnikowego ciasta. Wierzch oprószyć mąką, też z brzegu. Przykryć i zostawić na 10 minut. Po tym czasie więcej mąki wmieszać w mleko, dodać masło, cukier, roztrzepane jaja i wyrobić. Można mikserem, końcówkami do pieczywa. Najpierw na wolnych obrotach, potem dopiero na szybkich. Na samym końcu jednak wyrabiać przez chwilę ręcznie. Ciasto ma być elastyczne, jednolite, nie klejące. Po wyrobieniu schować je do miski, przykryć i zostawić na tak długo, aż podwoi swoją objętość.

Po tym czasie wyjąć i krótko wyrobić na oprószonym blacie. Podzielić na 2 części. Jedną rozwałkować i powycinać duże koła, a w nich małe. Około 12 sztuk oponek. Ułożyć je na pergaminie, na blasze. To samo zrobić z drugą częścią ciasta, no i oczywiście lepić kule z odrzuconych fragmentów, wałkować je i wycinać dotąd, aż wykorzysta się całość ciasta.

Przykryć oponki ściereczkami (2 blachy) i pozostawić na 45 minut.

Piec rozgrzać do 180 stopni i piec pączki przez 8 -10 minut. Po jednej blasze naraz. W tym czasie rozpuścić w rondelku masło. Wyjąć ciastka i ostudzić przez 2 minuty, zanurzyć w maśle, a następnie w cukrze zmieszanym z cynamonem. Układać na kratkach.

P.S. Mnie nie wyszły tak pulchne, jak powinny, bo nie zastosowałam się do rad na temat zaczynu, które zawarłam w przepisie, potraktowałam go trochę po macoszemu, no to się i zemścił. Niemniej pączki i tak pyszne, a następnym razem nie pójdę na skróty, jak będę je robiła. ;-))

23:22, krokodyll8 , Ciastka
Link Komentarze (9) »

Jak tylko o nich przeczytałam, to byłam bardzo zaintrygowana, jak one rzeczywiście smakują. Linda Collister w "Wielkiej księdze chleba" pisze o nich, że są niezapomniane w smaku, najlepsze jakie kiedykolwiek jadła i najsmaczniejsze na świecie w opinii jej teściów. Jadła je po raz pierwszy w gospodzie w Vermoncie, gdzie robione są przynajmniej raz w tygodniu przez właścicielkę i kucharkę w jednej osobie. Przychodzi ona codziennie rano i szykuje  posiłki dla swoich gości, co kilka dni smaży te pączki i podaje na śniadanie jeszcze ciepłe. Swoją pulchność i sławę zawdzięczają one dodatkowi ziemniaków. Moje dzieci zjadły je z wielkim apetytem. Córka powiedziała: "Szkoda, że Tłusty Czwartek nie jest w niedzielę", wtedy jest więcej czasu na obżarstwo i pozwolenie na to. Na co dzień staram się bowiem dzieciom ograniczać słodycze. Pyszne są, nie ma dwóch zdań i bardzo pulchne. ;-)


Pączki ziemniaczane 

Przepis:
230 g świeżo ugotowanych ziemniaków utłuczonych na gładką masę
500-570 g mąki orkiszowej
3 łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczka tartej gałki muszkatołowej
łyżeczka mielonego imbiru
40 g miękkiego masła
200 g cukru trzcinowego
2 ubite jajka
230 ml mleka
kilka kropli esencji waniliowej
mąka do posypania stolnicy
świeży olej roślinny do smażenia w głębokim tłuszczu
cukier puder do oprószenia

Do dużej miski przekładam utłuczone ziemniaki, przesiewam mąkę i proszek do pieczenia, dodaję przyprawy. Następnie dodaję masło, cukier, mleko, esencję, jaja, mieszam ciasto. Musi nadawać się do wyrobienia na stolnicy, więc jeśli zachodzi taka potrzeba należy dodać mąkę. Dodaje się po 1 łyżce. Ja musiałam trochę dosypać. Gdy ciasto można już wyrabiać, to przenoszę je na oprószony mąką blat i chwilę wyrabiam. Z wyrobionego ciasta robię małe kulki i smażę w 170 stopniach, aż będą złocisto-brązowe. Trzeba pamiętać, że tłuszcz za gorący przysmaży pączki, a w środku będą trochę surowe. Za chłodny spowoduje, że pączki opadną na dno i nasiąkną tłuszczem przez co będą gorsze w smaku. Usmażone pączki wyjmuję na ręcznik papierowy. Po odsączeniu przekładam je na kratkę i obsypuję cukrem pudrem. Warto je podać, gdy są jeszcze ciepłe.

Pączki należy zjeść tego samego dnia. Wszystkie smażone ciasta na drugi dzień nie są już takie smaczne.

16:32, krokodyll8 , Ciastka
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 lutego 2009

Przepis Normy Suvarny z gminy Bene Israel z Bombaju. Bardzo dobry posiłek. :-)

Curry ziemniaczano-pomidorowe

3 łyżki oleju

1/2 łyżeczki nasion gorczycy

1 średnia czerwona cebula

łyżeczka tartego świeżego imbiru

2 zmiażdzone ząbki czosnku

5 liści curry (nie miałam ;-)

1/2 łyżeczki chili w proszku

4 pomidory z puszki

sól do smaku

3 ziemniaki ugotowane w osolonej wodzie, pokrojone w kostkę

zmielone 3 goździki, 9 ziaren pieprzu, 2,5 cm laska cynamonu, nasiona kardamonu

400 ml niesłodzonego mleka kokosowego

Na oleju, w średnim garnku podsmażam gorczycę, aż zacznie strzelać. Dodaję cebulę pokrojoną w plastry. Chwilę smażę.

Dodaję imbir, czosnek, chilli, a po 2 minutach pokrojone pomidory i sól. Chwilę smażę i dodaję ziemniaki oraz zmielone przyprawy, smażę na średnim ogniu przez 5 minut.

Na koniec dodaję mleko kokosowe. Po doprowadzeniu do wrzenia wyłączam.

W czasie, gdy robię sos, to gotuję ryż w wodzie pół na pół wymieszanej z mlekiem (może byc mleko kokosowe), posolonej. Do gotującego się ryżu można wrzucić goździki i strączki kardamonu.

Przepis zaczerpnęłam z książki Clarissy Hyman "Kuchnia żydowska" wyd. Rosner & Wspólnicy

niedziela, 15 lutego 2009

Kaszę mannę, jako dziecko lubiłam. Jedyna potrawa mleczna, jaką byłam w stanie przełknąć, była z jej udziałem. Pamiętam, że mama robiła z niej jeszcze ciasto. Zamiast mąki wsypywała kaszę, to był jakiś prosty do zrobienia, szybki przepis i smaczny. Przypominam sobie, że dodawało się do masy dżem z czarnych porzeczek i surowe ciasto przypominało z wyglądu zaprawę murarską. ;-) Kiedyś miskę tego surowego ciasta zaniosłam sąsiadce, by załatała dziurę w ścianie. ;-)) Przepisu niestety nie mogę nigdzie znaleźć.

Dziś jednak nie zabrałam się za deser (jutro przyjdzie nań czas), lecz zrobiłam rzymskie gnocchi. Mój mąż w ogóle nie wierzył w tę potrawę, ale uwierzył. ;-)) Gnocchi wyszło smaczne, takie chrupiące tło pod grana padano. Zestaw prostych, ale dobrych, smaków. Raczej wrócę do tego przepisu, bo podoba mi się jego prostota, tylko, że ja bym ubarwiła smak płatkami czerwonego pieprzu, Michał zaś sugeruje, by na wierzchu położyć koreczki anchois z kaparem w środku.

Recepturę na gnocchi di semolino  alla romana znalazłam w przepięknej książce wydanej przez wydawnictwo Konemann - "Kulinarna podróż po Włoszech".

Kluski z manny na sposób rzymski

100 g kaszy manny

1/2 l mleka

1 żółtko

25 g masła

dodatkowo: 25 g rozpuszczonego masła oraz 80 g tartego grana padano

Do garnka wlewam mleko i podgrzewam. Do wrzącego wsypuję kaszę, mieszam i gotuję przez ok. 10 minut., na małym ogniu, ciągle mieszając drewnianą łyżką. (Mi się szybciej ugotowała, diabli wiedzą dlaczego). Zestawiam z gazu i zanim wystygnie dodaję rozkłócone z 1 łyżką mleka żółtko oraz 25 g masła. Mieszam szybko, by żółtko się nie ścięło w ciepłej kaszy. Kaszę wylewam na wilgotny półmisek i rozsmarowuję na wysokość ok. 1 cm. Zostawiam ją tak na kilka godzin. Po tym czasie wycinam kieliszkiem kółka. Układam je w naczyniu żaroodpornym, polewam rozpuszczonym masłem i wstawiam do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Piekę ok. 30 minut, aż się lekko zezłocą. Wyjmuję i na talerzach posypuję startym grana padano.

P.S. Wiedzieliście, że manna to rzeczownik i odmienia się jak Anna?? ;-)) Ja nie.

23:05, krokodyll8 , Przekąski
Link Komentarze (4) »
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
TĘCZA SMAKÓW 2 Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery przepisy kulinarne
© Wszystkie zamieszczone materiały na tej stronie są moją własnością. Kopiowanie, powielanie bez mojej zgody jest zabronione.