Nieprzepisowe

piątek, 22 maja 2015
Niedawno wybraliśmy się na spacer z Karolem Szurdakiem i to bardzo niedaleko, bo do pobliskiego parku. Spojrzeliśmy na niego pod kątem pożywienia. No i okazuje się, że jadalnych, choć dzikich roślin rośnie w nim całe mnóstwo. :-)  
Na przykład taki szczaw:




Można go dodać do sałatki, do tarty albo zrobić z niego zupę. :-) Stokrotki też są jadalne :-)

Poza tym taka lipa:


O tej porze roku ma jeszcze miękkie listki, doskonale smakują surowe. Już nie musimy kupować sałaty masłowej. ;-)) Z kwiatów lipy można robić napar. 

Forsycja już przekwitła. Szkoda. Jej jadalne kwiatki wspaniale dekorują dania i napoje. Na przykład takie smoothie z forsycją. ;-) 



Kwiatki Weronika. Rosną pośród traw. Doskonale smakują i prezentują się np. w jajecznicy :-)



Czosnaczek. Jemy kwiaty i liście. Kwiatki smakują podobnie do czosnku.



Berberys. Jego owoców używamy zamiast cytryny. :-)


Głóg. Kwiaty z pączkami, listkami suszymy i robimy napar - ma korzystny wpływ na serce. 



Tasznik. Zamiast rukoli. I smaczne listki w kształcie serduszek. 



Pokrzywa,która ma 3 razy więcej wit. C niż cytryna, obniża poziom cukru we krwi i posiada jeszcze całą masę innych zdrowotnych właściwości i jasnota (ta z kwiatkami) . Obie zdrowe i smaczne. Przyrządzać niczym szpinak. Napary z kwiatów jasnoty uszczelniają naczynia krwionośne.



W trawie rośnie sobie postrzępiona roślinka, idealna zamiast koperku. Emotikon smile Krwawnik.




Gwiazdnica. Do czego tam chcemy :-)




Albo taki miłorząb. :-) Suszymy i robimy herbatkę. Lepsza nauka, lepszy seks. :-)

Emotikon smile

Podagrycznik. Ogonkami liści zastępujemy szparagi. :-)) Zblanszować, usmażyć.

:-)

Łopian. Zanim wyrosną liście wykopujemy korzeń, kroimy go w słupki, smażymy na głębokim oleju z dodatkiem sosu sojowego i mamy smaczne frytki. 

 

Kurdybanek. Niegdyś używany w Polsce bardzo często, jako przyprawa, podobny do tymianku. 




Rzeżucha. Kwiaty z łodyżkami dodajemy do sałatek.


Emotikon winkK

Barszcz. Nasza narodowa potrawa. Łodygi barszczu kisiło się, a potem łączyło z wywarem warzywnym, czy mięsnym, zagęszczało mąką, dodawało ugotowane jaja. Kazimierz Jagiellończyk za nim przepadał. Trzeba spróbować.




SEmotikon smileodygi barszczu kisiło się, a potem łączyło z wywarem warzywnym, czy mięsnym, zagęszczało mąką, dodawało jajka. Kazimierz Jagiellończyk go uwielbiał. Trzeba spróbować. 

REmotikon winkBarszcz. Nasza narodowa potrawa. 
Emotikon smi


wtorek, 19 maja 2015
Jakiś czas, dłuższy ;-), temu odbyły się sympatyczne warsztaty kulinarne w Makro, na których byłam z córką. 
Gotowałyśmy z laureatami konkursu "Zgotuj sobie sukces" i młodzieżową Kulinarną Reprezentacją Polski (zdobywcy dwóch medali na mistrzostwach w Luksemburgu). Bardzo dobrze, sprawnie nam się gotowało w takim towarzystwie. I miło. :-) Mamy tylu zdolnych młodych kucharzy o których jednak jest cicho sza, bo nie są celebrytami, a już naprawdę dużo potrafią. :-)  Zwycięzcy wystąpią na międzynarodowej kulinarnej olimpiadzie w Erfurcie w 2016 rok. Trzymamy za nich kciuki. :-) 

Powstało, jak zwykle kilka ciekawych dań. 
Po pierwsze przystawka - sałatka z łososia i krewetek z galaretką z mohito podana na plasterkach ogórków w towarzystwie kawioru i grzanki. 



Następnie zupa krem z groszku. Nakładaliśmy ją na talerze przy pomocy syfonu. Dodatkiem do niej był groszek ptysiowy, który sami formowaliśmy oraz miętowy puder.



Po zupie wystąpił sandacz w cytrynowym sosie z marchewkowym puree  oraz cienko pociętym, a następnie zmrożonym fenkułem w sosie winegret na szczypiorkowej oliwie. Bardzo smaczne danie. :-)


Tak pocięty fenkuł, a następnie długo przetrzymany w lodzie smakuje bardzo dobrze, a poza tym ładnie się prezentuje, trochę nie do poznania :-) 


Danie z sandaczem :-)

A na deser przygotowaliśmy suflet czekoladowy z pomarańczowym sosem.:-)

poniedziałek, 18 maja 2015
W marcu, gdy przyroda zaczyna się budzić, a w drzewach zaczynają krążyć soki :-) warto wgryźć się w drzewa brzóz, by uzyskać sok z brzozy, lekko słodki i super zdrowy. Metod jest kilka od wwiercania, do nacinania pnia, przez odłamanie gałęzi. W ciągu całego dnia da się zebrać sporo soku. Za rok robimy powtórkę. A na tegorocznym spacerze, w oczekiwaniu aż sokiem napełnią się butelki, zebraliśmy w lesie i na łące trochę dzikich roślin jadalnych. :-) Mrówkom darowaliśmy życie. :-) 

Zaczynamy zbierać sok :-)
Dzika marchewka :-) I pachnie jak marchewka. :-)
Korzeń dzikiej cykorii. Ma bardzo smaczne listki. Sam korzeń można wysuszyć, uprażyć i robić kawę. :-)
Mrówki. Wrzucamy do wrzątku i robimy zupę. Albo solimy, jak w Afryce, albo wsypujemy cukier, jak w Ameryce Południowej. 
Jałowiec prosto z krzewu. Bardzo smaczny. 
Szczawik zajęczy. Super smaczny. :-)
Szczypiorek z lasu. Zrobiliśmy z nim jajecznicę. :-)
Kurdybanek. Słowiańska przyprawa. Zamiast tymianku. :-)
Miodunka.
Pory z wody. :-) Czyli kłącza pałki wodnej.
Z ryżu, klasycznych warzyw i dzikiego zielska powstał smaczny posiłek. :-) 
czwartek, 11 kwietnia 2013

Grzybów1 k/Płocka. Tutaj mieści się gospodarstwo Ewy i Petera Stratenwerthów. W nim powstaje chleb Hruby na zakwasie i pyszne sery.


Dojrzewalnia serów. Co 2 dni sery są smarowane solanką i odwracane. Na zdjęciu widzimy przede wszystkim krowie sery, ale na górnej półce znajdują się także dwa sery kozie.

Wszystko zaczęło się od niebieskiego domku, w którym straszyło. To w nim swego czasu zamieszkał Peter i słabo znając się na uprawie roli skoncentrował się na wytwarzaniu jedzenia. Sery nauczył się robić mieszkając jakiś czas w Alpach. W Polsce postanowił tę umiejętność wykorzystać i z niej żyć.
Gdy do gospodarstwa przyjechała po raz pierwszy pani Ewa, to zastała tu jeszcze bardzo surowe warunki do życia, ale ser który tu powstawał był już doskonały. O początkach swojego życia na wsi opowiadała pokazując nam wnętrze małego, własnego muzeum.

 

I faza robienia sera, to łączenie 200 l mleka koziego z podpuszczką mikrobiologiczną sprowadzaną ze Szwajcarii. Sery te więc mogą spożywać także wegetarianie.
Pani Ewa z harfą.

Rura widoczna w tle odprowadza serwatkę na zewnątrz, do pojemnika. Odbiera ją sąsiad, hodowca świnek.


Więcej zdjęć z naszego wyjazdu na facebooku.

środa, 10 kwietnia 2013


Dzisiaj spotkaliśmy się z Justyną Podlaską i Andreą Valenzianim (farmerem) z firmy In Campagna,w siedzibie warszawskiej kooperatywy Kup Pan Cegłę,  by porozmawiać o kooperatywach. We Włoszech powstały one już w latach osiemdziesiątych. Jest ich bardzo dużo poczynając od małych skupiających kilkanaście osób, gdzie każdy z członków odpowiedzialny jest za sprowadzanie produktów od jednego producenta, skończywszy na ogromnych spółdzielniach, które mają swoje sklepy, magazyny, środki transportu itd. Członkowie kooperatyw wspólnie ponoszą wszelkie koszty, w tym pracy organizatorów i pomocników. Ktoś kogo nie stać na zakupy jedzenia może pomagać przy realizacji zamówienia i za tę pomoc otrzymać produkty spożywcze. Zazwyczaj kooperatywami są organizacje skupiające wiele grup solidarnych zakupów. Mają osobowość prawną. Są czymś w rodzaju spółdzielni. Skracają drogę od producenta do klienta. Wpływają na rozwój produkcji, kształtując ją zgodnie z oczekiwaniami finalnego nabywcy, a nie kierując się generowaniem zysków, jak ma to miejsce w przypadku pośredników handlowych. Pośrednicy zostali tu pominięci. Dzięki temu następuje rozwój produkcji takich a nie innych przedsiębiorstw i wpływa się na jakość ich wyrobów. Jednocześnie kształtuje się świadomość klientów. Kooperatywy we Włoszech są dużą siłą. Zapewniają pracę osobom znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej. Mają wpływ na gospodarkę, zmieniają przepisy prawne na bardziej korzystne dla tego typu przedsięwzięć. Oferują przede wszystkim produkty krajowe, a nie pochodzące z importu.

Andrea opowiadał o tym, jak swego czasu na Sycylii wielu rolników uprawiało pomarańcze moro i tarocco. Owoce te uzyskiwały bardzo wysokie ceny. Sadów musieli chronić  uzbrojeni ochroniarze. Wysoka cena tych pomarańczy powodowała, że rolnicy wycinali cytryny i inne rośliny, by w ich miejsce sadzić te dwie odmiany pomarańczy. Ta sytuacja trwała dotąd, aż Hiszpania zdobyła dominację w ich uprawie, ponieważ produkcja, transport, sprzedaż w tym kraju zostały lepiej zorgaizowane, niż miało to miejsce we Włoszech. Po latach sukcesów nastały chude lata. Wielu rolników straciło wszelki zapał nie mogąc za swą pracę uzyskać należnej zapłaty.  Supermarkety kontraktujące owoce nie wpływały na rozwój dobrych upraw, sprawiedliwej pracy. Andrea i część rolników zaczęła dystrybuować swoje owoce korzystając właśnie ze współpracy z kooperatywami. Owoce nie są tanie, bo są to uprawy ekologiczne. Wymagają wiele pracy, by chronić owoce przed szkodnikami. Między drzewami należy kosić trawę, by nie było dużo insektów, trzeba zbierać spady, bo te również przyciągają owady. Należy uważać, by mrówki nie namnażały się za bardzo, bo przyciągają mszyce, itd.. W ostatnim czasie Andrea zaczął radzić sobie z tymi problemami hodując kury. Ptaki całymi dniami drepczą między drzewkami i żadne zielsko nie ma szansy tam urosnąć, tak samo rozprawiają się z owocami, które spadły z drzew. Kury zastąpiły ludzi, którzy dotąd o to wszystko dbali. Andrea ma więc w tej chwili ekologiczne cytrusy i ekologiczny drób. I choć jego praca jest ciężka czerpie z niej satysfakcję, bo wie, że oferuje klientom produkty dobrej jakości.
Opowiadał nam też o serowarze, który prowadził małą produkcję dobrych serów i chcąc ją rozszerzyć zwrócił się o kredyt do banku, ale bank mu odmówił. I wtedy pomogli członkowie kooperatywy spożywczej. Każdy z nich przekazał określoną kwotę producentowi i w pierwszym roku odbierał ją w postaci serów wytwarzanych przez producenta. Jemu dzięki temu wsparciu udało się rozwinąć działalność. Skorzystali na tym wszyscy. Producent, bo może teraz więcej produkować i jego odbiorcy, bo mają dostęp do szerokiej oferty serów dobrej jakości.

wtorek, 12 lutego 2013

Niedawno byłam na warsztatach z Giancarlo Russo.

Robiliśmy makaron i wykorzystywaliśmy gotowe sosy Łowicz. Spotkanie to było zorganizowane w ramach ich promocji.
Monika prowadziła ciekawe warsztaty fotograficzne. Poza tym upiekła dla nas pyszny chleb z orzechami. 
A jak już zrobiliśmy różne makarony i połączyliśmy je z sosami, to korzystając ze wskazówek Moni stylizowaliśmy nasze dania i robiliśmy im piękne zdjęcia. Bardzo miły czas. :-)
Do domu przyniosłam kilka słoików gotowego sosu i zamierzałam je komuś oddać, bo kto to słyszał, żeby blogerka kulinarna nie zrobiła własnej pasty, tylko się posiłkowała jakimiś gotowcami. Pastę robi się przecież tak łatwo, podsmaża cebulę, czosnek, dodaje pomidory, kapary,... he he. Tylko, że spadło na mnie naraz kilka prac i codziennie jedliśmy makaron z gotowym sosem. ;-))

Domowy makaron

1 kg mąki semoliny

10 jaj

trochę soli

Zagnieść ciasto, rozwałkować, pokroić, ugotować. Najłatwiej,jak robią to za nas maszyny. :-)

więcej zdjęć z warsztatów - facebook

czwartek, 27 grudnia 2012

Wigilia, wilia, postnik, Boży obiad. 12 potraw, jak 12 miesięcy albo 12 apostołów. W każdym razie właściwa liczba potraw jest parzysta, a zaliczyć do nich można  i dodatki.  Jednak w czasach przedchrześcijańskich, to nieparzysta ilość dań miała przynosić szczęście i dobrobyt. :-)

Tradycyjne dania wigilijne, to barszcz postny, zupa grzybowa, polewka migdałowa, zupa rybna, kapusta z grochem, kapusta z grzybami, pierogi, kasza, ziemniaki, dania z ryb, gołąbki z kaszą i grzybami, kluski z makiem lub zalane kompotem z suszonych owoców, bakalie. Dawne wigilijne potrawy, to także brej i kisiel owsiany (siemieniec, siemieniuch) oraz kutia (gotowana pszenica i mak z miodem).

Dania z ryb początkowo jadały rodziny rybaków oraz dworskie, także spożywano je w bogatych klasztorach posiadających własne stawy, sadzawki. Dopiero potem stały się obowiązkową ;-) świąteczną potrawą. W zamożnych domach podawano wiele dań z ryb, ale wszystkie je liczono jako jedną i w ten sposób nie przekraczano magicznej liczby 12. ;-)

"Do obchodu Wigilii należy strucla, czyli kołacz pszenny, podługowaty na końcach, palczasty, przez środek plecionką z ciasta obłożony i posypany czarnuszką. W Krakowie i innych miastach tak je wielkie pieczono, już w saniach ciągnione być musiały." O. Kolberg "Dzieła) t.24 "Mazowsze"

Wieczerza wigilijna czerpie pełną garścią z czasów słowiańskich. Mak, grzyby, miód i przaśny chleb (opłatek) mają ukryte znaczenie. Grzyby, które występują w wigilijnym menu uchodziły za pożywienie magiczne, niezwykłe, wykradzione z "innego świata". Mak, dzięki swym właściwościom narkotycznym znanym od czasów prasłowiańskich symbolizował sen i łączność z zaświatami. Miód oznaczał pomyślność.

Kiedyś wierzono, że w wieczór wigilijny woda w potokach, rzekach zmienia się w na chwilę w miód, wino, czy płynne złoto. I że ten moment znają tylko ludzie szczęśliwi i niewinni, a wino przez nich zaczerpnięte nie odmieni się w wodę. W innych regionach ufano, że w środku nocy niebo się otwiera, a wypowiedziane wtedy życzenia się spełnią. Wierzono, że dzwonią zatopione dzwony, że w ulach budzą się pszczoły, a pod śniegiem zakwitają kwiaty. Wierzono, że zwierzęta o północy mówią ludzkim głosem, ale nie wolno ich podsłuchiwać, bo to przynosi nieszczęście.

W kątach, nie tylko chłopskich izb, ale także we dworach stawiano snopy zbóż. Wieczerza rozpoczynała się wtedy, gdy na niebie ukazała się pierwsza gwiazdka, która to symbolizuje gwiazdę betlejemską. Na stole stawiano potrawy z płodów i darów ziemi: ze zbóż, warzyw, roślin oleistych, świeżych i suszonych owoców, miodu, grzybów, ryb, maku po to, aby następny rok obfitował w te pyszności. Niegdyś w wiejskich domach przy spożywaniu kolejnych dań zaklinano przyszły urodzaj i mówiono: Składaj się kapusto, wij się groszku, rodźcie się ziemniaki itd.

W biednych i bogatych domach zasiadano do stołu przykrytego białym obrusem, pod którym leżało siano, z którego ździebeł sobie wróżono czy to pomyślność, czy ożenek. Na stole stawiano świeczniki dwu lub trzyramienne i zamiast lamp zapalano świece, by było uroczyście. Gdy już rodzina zasiadła przy stole, to ojciec odmawiał modlitwę i dzielono się opłatkiem - była to chwila wybaczenia i życzenia bliskim pomyślności. Dopiero wtedy rozpoczynała się postna wieczerza. Nie tylko dań, ale i biesiadników miała być ilość parzysta. Jeśli było inaczej oznaczać to miało, że w nadchodzącym roku ktoś z rodziny umrze. Zapraszano więc sasiada, kogoś znajomego, by uniknąć tej złej wróżby.

Choinka, która tak wielu z nas cieszy zapachem lasu, bogactwem ozdób i jest nieodzownym elementem świąt przywędrowała do nas z Niemiec dopiero w XIX wieku.

U mnie w tym roku na stole znalazła się zupa grzybowa i barszcz z kiszonych buraków, paszteciki z kapustą, kapusta z grzybami, groch z kapustą, śledzie korzenne, śledzie ze śliwkami, sałatka jarzynowa, łosoś w galarecie z wywaru z jarzyn, smażone kapelusze prawdziwków, karp w szarym sosie, makiełki, makowiec, kompot z suszu, żytni chleb.

* źródło - "Przy polskim stole" Krystyna Bockenheim wyd. Dolnośląskie, "W staropolskiej kuchni i przy polskim stole" Maria Lemnis i Henryk Vitry wyd. Interpress, "Najlepsze przepisy kuchni polskiej" Marek Łebkowski wyd. Prószyński i S-ka, "Tradycje polskiego stołu" Barbara Ogrodowska wyd. Muza SA

poniedziałek, 12 listopada 2012

Nasze kolejne organizacyjne spotkanie Slow Food Youth Warszawa. :-) Zamiast umawiać się w jakiejś restauracji często spotykamy się w różnych gościnnych miejscach, gdzie z przyniesionych z domu produktów przygotowujemy wspólnie poczęstunek. Gdy już razem stworzymy smakołyki i w miłym gwarze spróbujemy  wszystkiego, to zażarcie dyskutujemy o tym co chcemy robić, by poprawić kulturę żywienia w naszym kraju.


Za każdym razem pojawiają się nowe pomysły, uwagi, inspiracje, które potem wykorzystujemy w naszych działaniach.
Jak chcecie do nas dołączyć, bo widzicie wartość w tym, by wpływać na ludzi, pokazywać to co jest dobre, lokalne, że kuchnia która daje nam radosć i zdrowie może być tania; jeśli chcecie pomóc nam przekonać nieprzekonanych, że to co jemy, jak jemy ma wpływ na jakość naszego życia, to dołączcie do nas. :-) Włączcie się w nasze liczne działania, a mamy naprawdę dużo pracy oraz bawcie się z nami wspólnie gotując, biorąc udział w piknikach latem, czy wyjazdach w ciekawe miejsca zimą. Najbliższy wyjazd w styczniu - do pani, ktora ma młyn i sama piecze chleb.

Więcej zdjęć ze spotkania - na Facebooku

piątek, 12 października 2012

Dilmah 27 października organizuje Festiwal Herbaty w t-barze oraz pobliskim lokalu Pies Czy Suka (Warszawa). Będzie między innymi wystawa liści z Cejlonu, wystawa fotografii, pokaz przygotowywania herbaty, kiermasz oryginalnych chust cejlońskich używanych przez zbieraczki, mydeł na bazie herbaty, akcesoriów do herbaty,  pokazy barmańskie, wykłady oraz wiele innych atrakcji. Więcej informacji można znaleźć tutaj: http://www.dniherbaty.pl/program.html

piątek, 24 sierpnia 2012

W okresie wakacyjnym w Warszawie można się było wspaniale bawić, relaksować, edukować i co kto tylko chciał ;-) pod murami Zamku Ujazdowskiego na łonie naprawdę Zielonego Jazdowa. W niektóre weekendy organizowane były warsztaty przez Slow Food Youth, dla dorosłych i dla dzieci. Tematyka zajęć była przeróżna, od kwiatów, przez ryby po miód. A już w najbliższy weekend będzie owocowo. Informacje o działaniach Slow Food Youth znajdziecie na Facebooku, a o Szkole na Widelcu możecie poczytać sobie tu - Szkoła na Widelcu .

   Warsztaty dla dzieci w ramach Letniej Szkoły na Widelcu - kwiaty i zioła


   Jesiotr pieczony w boczku, baba ghanoush z duszonych kurek - to jedno z wielu dań przygotowanych na warsztatach dla dorosłych.


   Sałatka ziemniaczana i pan śledź - przygotowane dziecinnymi rączkami


   Bloody roll moczony w burakach z kiełkami rzodkiewki, wędzonym pstrągiem i pieczonymi burakami - danie przygotowane przez jednego z małych uczestników warsztatów dla dzieci.


   Danie z miodem - jedno z wielu przygotowanych przez dzieci.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
TĘCZA SMAKÓW 2 Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery przepisy kulinarne
© Wszystkie zamieszczone materiały na tej stronie są moją własnością. Kopiowanie, powielanie bez mojej zgody jest zabronione.